Sytuacja w domu nadal napięta. Z dobrych wiadomości, to brak nowych złych informacji. Udało nam się też namówić mamę, żeby skorzystała z ładnej pogody i przyjechała do nas na kilka dni, zapomnieć o lekarzach. Troszeczkę modyfikujemy nasze plany urlopowe i posiedzimy kilka dni razem z nią w domu, na tę chwilę wydaje mi się to najlepszy pomysł. Modlę się i ufam, że będzie dobrze.
Od miesiąca czekałam na wizytę u psychiatry, który miał mi wystawić zaświadczenie o braku przeciwwskazań do adopcji. Dziś doczekałam się spotkania z 'przemiłym' panem doktorem. Zacznę może od tego, że świstek na który czekałam miesiąc otrzymałam, ale... Pan lekarz uciął sobie ze mną pogawędkę na temat tego jakie dzieci trafiają do adopcji. Wyłożył mi swoją "wiedzę" na temat dziedziczenia chorób psychicznych, wpływie alkoholu i dziedziczeniu predyspozycji do nałogów (np. dowiedziałam się, że moje dziecko będzie na kilometr czuło nosem alkohol - cytat dosłowny). Z częścią tej "bogatej wiedzy" się zgadzam, nawet Panie z OA nam tłumaczyły. Mówił, że zna wiele przypadków adopcji nieudanych, że rodziny porządne a dzieci to już gorzej. Pytał czy jesteśmy tego świadomi, oczywiście doradzał, abyśmy brali tylko zdrowe dziecko po zdrowych rodzicach. Kiedy mu zasugerowała, że adopcja to nie sklep, żeby sobie wybierać i tym bardziej jak to ujął brać. Trochę się speszył, tłumaczył, że chodziło mu o to żebyśmy dobrze prześwietlili rodziców?!! W sumie nie wiem jak doktorek sobie to wyobraża, to prześwietlanie, mogłam zapytać.
Na koniec za to był HIT, doktorek powiedział żebym była świadoma, że adopcja jest dla kobiety?!! to takie łatanie rodziny!! Kobieta pokocha dziecko, którego nie urodziła, ale mężczyzna będzie zawsze chciał przekazać geny, taki to samczy los według teorii doktorka. Facet nigdy tak naprawdę nie pokocha przysposobionego dziecka jak swojego biologicznego! Umiałam tylko powiedzieć, że nie należy generalizować, że jesteśmy świadomi ryzyka i konsekwencji adopcji, to nasza wspólna decyzja i że z mojej wiedzy często się udaje. Tutaj drugi HIT doktorek popatrzył na mnie i kiwnął potakująco, że zna udane adopcje np. Angeliny i Brada Pitta :) tym mnie bardziej rozbawił niż zezłościł, bo mój mąż często żartuje, że jestem jego Angeliną Jolie. Teraz sobie myślę, że może ta rozmowa to był element badania? Sprawdzał ile wytrzymam i czy jestem agresywna i się na niego rzucę z pazurami!!
Tak więc bogatsza o wiedzę wyszłam z zaświadczeniem w ręku. Muszę chyba przyjąć, że nie zawsze osoby, którym będziemy mówić o adopcji będą pozytywnie do niej nastawione. Wizyta ta też dała mi do myślenia o naszych motywacjach. U nas mąż dojrzewał do telefonu do OA kilka ładnych miesięcy. Daliśmy sobie czas.Teraz jestem pewna, że pokocha NASZ mały CUD, tak samo jak jestem pewna, że ja też będę JE kochać całym sercem. A do doktorka wrócę z mężem i naszym dzieckiem za kilka lat, żeby nie musiał szukać przykładów udanych adopcji za oceanem.
Prawie jak pan doktor:)